Sklep zaczął się od szafy. Nie metaforycznie, ale dosłownie: od jednej drewnianej szafy z odzysku, którą Marta Kowalczyk wciągnęła na pierwsze piętro kamienicy przy ulicy Szerokiej pewnego październikowego poranka 2017 roku. Miała wtedy czterdzieści wieszaków, trochę oszczędności i przekonanie, że ludzie są zmęczeni ubraniami, które rozpadają się po trzecim praniu. Pierwsze tygodnie były ciche. Wchodziły głównie sąsiadki i jedna pani, która przychodziła co tydzień, nic nie kupowała, ale zawsze zostawiała ciastka na ladzie. Marta mówi, że to ona nauczyła ją, że sklep to nie tylko towar.